Przypadek rządzi światem – mówią niektórzy. Czy aby na pewno? Nijaki Matthew Stover w książce „Bohaterowie umierają” stwierdził, że i owszem, ale tylko wtedy kiedy mu na to pozwalamy. Z tym twierdzeniem jestem się w stanie prędzej zgodzić. Co więcej – często, najczęściej nieświadomie, pozwalam się przypadkowi porządzić. Efekty bywają różne, ale jeśli są takie jak przypadkiem odkryty przeze mnie album „Invocation” Mako Sica to chciałbym, by przypadek rządził mną zawsze i wszędzie.
No dobra, może trochę przesadziłem w tym wstępie. Wcale nie chciałbym by życie działo się przypadkiem, lubię jednak czasami mieć kontrolę nad niektórymi sprawami. Na przykład nad tym, by po raz n-ty dziś zapętlać już „Invocation” w YouTube’owym odtwarzaczu. Bo płytę już dodałem do koszyka, zamówiłem i opłaciłem, niestety nie są dostarczane w godzinę czy dwie. Na początek jednak jeszcze krótkie przedstawienie sytuacji: przewijając swoją ściankę na Facebooku natrafiłem na intrygującą okładkę dodaną przez Kubę Sokólskiego. Gościa, którego podziwiam za grafiki jakie tworzy, a którego niejedna praca w postaci okładki znajduje się u mnie na półce (mam też nadzieję, że przepiękny plakat promujący Prog In Park zawiśnie na ścianie). Zaintrygowany dość nietypową pracą Kuby postanowiłem sprawdzić o co tu chodzi i tak właśnie trafiłem na totalnie nieznany mi zespół. Przypadek.
Co więcej – nieznany mi wcześniej zespół został wydany przez nieznane mi wcześniej wydawnictwo, które jak się okazuje wydało niejedną znaną mi płytę. Split ARRM/Lonker See nieraz gościł w moim odtwarzaczu, podobnie zresztą z albumami Ampacity czy wskrzeszonym, wykrzyczanym krążku „Trauma” (zespołu Krzycz). Acha, i jeszcze „Moloch” Merkabah. Jest więc tego trochę, ale jakoś nigdy nie skojarzyłem ów płyt z jednym wydawcą. Wszystko to natomiast sprawka malutkiej krakowskiej wytwórni Instant Classic. Jak sami o sobie piszą „wydają tylko muzykę, którą kochają”, więc na klamry gatunkowe nie ma tutaj miejsca. Ale jednak jakieś są – katalog IC to przeważnie muzyka alternatywna, zahaczająca czasami o jazz, czasami o rocka psychodelicznego, czasami o indie, czasami o noise. Generalnie rzeczy raczej niepopularne, ale wśród których jak się okazuje niejeden diament ukryty.
Na jeden z takich diamentów przypadkiem właśnie trafiłem. Dla Mako Sica to debiutanckie wydawnictwo fizyczne, bo wydawnictw jako-takich mają już na swoim koncie sześć. Wszystko to jednak w formie cyfrowej i dostępne na zespołowym Bandcampie. Dopiero „Invocation” ukazało się na namacalnym nośniku. Zespół tworzą Przemyslaw Krys Drazek (gitara i trąbka), Brent J Fuscaldo (śpiew, gitara, kalimba i jakieś inne przeszkadzajki) oraz Chaetan Newell (perkusja i klawisze).
Co znajdziemy na albumie? Niespełna 40 minut muzyki podzielonej na… trzy utwory. Wszystko utrzymane w psychodelicznym i transowym klimacie. Utwory Mako Sica wywodzą się z luźnych improwizacji i to słychać, choć pewnie niektóre motywy wymagały mimo wszystko kilkukrotnego szlifowania, a nie wbijania na taśmę za pierwszym podejściem. Niemniej można odnieść wrażenie, pewnie słuszne, że całością rządzi przypadek (stąd tak zacząłem recenzję). Cały album jest mimo to spójny i swobodnie instaluje się z głośników wprost do uszu. „Mouth of the Lion”, „Sacrifice” i „Potomac Blues” – bo tak rysuje się kompletna setlista utworów, tworzą trio jednolitych, utrzymanych w jednej narracji kompozycji. Kiedy słucha się tych dźwięków skojarzenia mogą być następujące: pustynia, hipisi, narkotyki, o-o-odlo-o-ot. No tak, do psychodelicznego rocka i jazzu pewnie tej muzyce najbliżej, ale nie boi się czasami romansować z muzyką folkową. Frank Zappa byłby dumny, bo takie odloty były mu niezwykle bliskie. Zresztą zespół sam opisuje swoją muzykę jako taką, która miałaby słuchacza „gdzieś” zabrać. W jaki sposób? Tego trzeba posłuchać i sprawdzić samemu.
„Invocation” traktuję jednak bardziej jako ciekawostkę, do której będę sobie co jakiś czas wracał i którą warto mieć na półce. Jednym z powodów jest śliczna oprawa graficzna (na profilu Bandcamp wydawcy są zdjęcia) autorstwa Kuby Sokólskiego. Ale najwazniejszym powodem jest sama muzyka, która ma w sobie coś niezwykle pociągającego i wkręcającego. Jest jakby plastyczna, tworząca w głowie obrazy i pozwalająca wyobraźni poszaleć. Brak jej jednak pewnego punktu zaczepienia, melodii, którą można by nucić pod nosem myśląc o tym albumie. Ale to tylko taki jeden, malusieńki minusik. Albo ja po prostu mam na takie melodie za małą głowę.